Tajemnice

wtorek, 7 kwietnia 2015

W poszukiwaniu sensacji - Bieg Wielkanocny

 Chyba każdy już zdążył zauważyć, że blogerzy są jak dziennikarze, którzy poszukują dobrych tematów do swoich artykułów. Każdy robi to na swój sposób; Jedni z aparatem pod pachą idą strzelać zdjęcia otaczającego Nas świata. Drudzy tworzą sztukę. Trzeci przeszukują internet by znaleźć potrzebne materiały. Ja za to zapisałam się na Bieg Wielkanocny organizowany w moim miasteczku.
 Wiem, że w większych miastach jest to bardziej popularne, ale w takim małym miasteczku na końcu świata, jak moje to naprawdę coś nowego! Wszystko to, działo się wczoraj, czyli w drugi dzień świąt. Wielu mieszkańców mojej miejscowości uważają, że święta to tylko czas z rodziną, ale taki bieg to super sprawa! Zwłaszcza z udziałem całej rodziny.... Kiedy usłyszałam, o tej atrakcji od razu pobiegłam się zapisać. Pomyślałam, że akurat tego dnia będzie słonecznie...

Zdjęcie zrobione telefonem, na potrzeby tego posta... No cóż, nie jest najlepsze...

 Obudziłam się rano i w oknie zauważyłam, że świeci słońce. RADOŚĆ! Jednak chyba się przeliczyłam, 
ponieważ po chwili zaczął padać grad, a wraz z nim deszcz.... Szczerze mówiąc nie miałam zamiaru  w ogóle wstawać z łóżka, ale moja mama siłą mnie z niego wyciągnęła. Wyboru nie miałam więc ruszyłam do głównego wejścia do parku, bo tam właśnie zaczynał się bieg. Jakaś uprzejma Pani pomogła mi umieścić na plecach mój numerek, (swoją drogą był to numer 034). Szczerze mówiąc zaczęło się miło, bo spotkałam moją dawną koleżankę ze szkoły. Po chwili wszyscy byliśmy ustawieni na starcie, a jeden Pan przez megafon wytłumaczył wszystkim, że trasa jest dokładnie oznakowana i że obejmuje 3,5 km. "Dam radę!" pomyślałam. I w tej chwili wszyscy ruszyli do biegu!

Tak ponuro... Tak smutno...

Pierwsze 1,5 km jako tako przebiegłam, ale później zaczęło się komplikować... Mój totalny brak kondycji zaczął mi o sobie przypominać i stopniowo byłam coraz bliżej "obstawiania tyłów". Wiem, to nie był wyścig, ale po mimo wszystko chyba nikt nie  chciał być ostatni - to jasne! A ja byłam, razem z Panem z dredami i jego maleńkim synkiem. No nic, jakoś dałam radę. Jednak chyba akurat wtedy kiedy zbliżałam się do mety, Pan z megafonem nie miał nic do roboty, bo usłyszałam takie słowa: "Uczestniczka z numerem 34, zbliża się do mety! Podnieśmy ją na duchu brawami!" Jak się później okazało nie byłam jedyną, która znalazła się w takiej sytuacji...

Tyle bluszczu *-*

Później czas umilała nam zumba. Muszę przyznać, że ten styl tańca bardzo przypadł mi do gustu. A, no tak i pozdrawiamy tego starszego, siwego Pana który starał się jak mógł tańczyć z innymi Paniami!


Zabawa była przednia! Mam szczerą nadzieję, że w najbliższych latach udział w takim biegu będzie brało więcej osób,a bieg będzie się rozwijał! 
Do następnej tajemnicy!

PS. Dziś idę do miejscowej cukierni na desery.... Moja młodsza siostra wczoraj wygrała karnet na 4 darmowe deserki! Czas przybrać na wadze!



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz